• Wpisów:95
  • Średnio co: 12 dni
  • Ostatni wpis:2 lata temu, 21:29
  • Licznik odwiedzin:6 508 / 1220 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
- Jak to?! - wychrypiała Marii.
- My, jasnowidze, nie jesteśmy stworzeni do obijania się, tylko do zmieniania przyszłości. To bardzo przydatne. Dziwi mnie dlaczego jasnowidzenie jest tak obce, przecież ludzie mogą dzięki niemu zapobiegać złu i pomagać innym. Nasi dziadkowie odkrywali tajniki jasnowidzenia żebyśmy potrafili je odpowiednio wykorzystać i co najważniejsze umieć z niego korzystać.
- Mój dziadek w liście mówił o Colinie nie Agustinie... - przypomniało jej się nagle.
- Colin? - szczerze się zdziwił. - Nie znam żadnego Colina. A nie wspomniał o Agustinie?
- Z tego, co pamiętam, to nie.
Moses zmarszczył czoło.
- Co jeszcze ci przekazał? - zapytał po chwili.
- Że poznam ciebie i Colina, i że więcej mi nie może powiedzieć.
- Agustin nie ma rodzeństwa. Jesteśmy tylko my.
- Może Colin to jakiś nasz wróg?
Moses tylko wzruszył ramionami.
- Każdy ma jakichś swoich wrogów, a zwłaszcza jeśli chodzi o poznanie przyszłości. Kto by nie chciał wiedzieć jaka będzie przyszłość? - powiedziała Marii.
- Musimy się pilnować - rzekł Moses. - Nikomu ani słowa kim jesteśmy, a kiedy będziemy działać, to dyskretnie.
- A jeśli to ma związek z tym wypadkiem? Może ten Colin będzie tam?
Moses przytaknął Marii.
- Racja, możliwe.
- Co jeśli zacznie na nas polować?
- Najlepszą obroną jest atak. Musimy wymyślić sposób obrony. Musimy też ostrzec Agustina.
 

 
Blog ma równo 140 dni Niestety naszej Avril brakuje czasu i przejąłem kontrolę nad blogiem Postaram się napisać kolejną cześć Ever Mortal

 

 
Z gęstej mgły wyszła Marii. Miała na sobie zgniło zieloną kurtkę, niebieskie rurki i karmelowo-brązowe botki. Nie spodziewała się, że będzie sam na sam z Mosesem za którym nie przepadała za bardzo.
- Moses? - rzekła zaskoczona. - Nie ma Agustina?
- Jeszcze nie. Pewnie się spóźni albo wcale nie przyjdzie - odpowiedział zrezygnowany.
- Jak to nie przyjdzie?
- Może mu coś wypadło. Różnie bywa - wzruszył ramionami i podszedł do Harveya.
Koń uniósł łeb do pogłaskania.
- Przepraszam - powiedział po chwili Moses. - Zachowuję się jak ostatni dupek.
- Nie powiem, że nie.
Moses uśmiechnął się słabo.
- Po prostu mam trudny okres w życiu - znów wzruszył ramionami. - Wiesz jak to jest być samotnym? - odwrócił się do niej. - Po śmierci dziadka nie mam kompletnie nikogo. Rodzice wyjechali na drugi koniec kraju zostawiając mnie samemu sobie. Mam tylko Harveya.
- Wcale nie masz tylko Harveya. A my?
- Miło, że chcesz mnie pocieszyć - na chwilę zamilkł i spojrzał jej głęboko w oczy. - Samochód.
- Co? - Marii bardzo się zdziwiła.
- Samochód cię potrąci - powiedział z poważnym wyrazem twarzy.
Marii rozdziawiła usta i patrzyła z niedowierzaniem na Mosesa.
- Przez jakąś kobietę, ale nie dziś.
Marii nie mogła z siebie wykrztusić ani słowa.
- Jeden z uroków jasnowidzenia - dodał nieco oschle.
 

 
Tak jak się umówili, tak się spotkali.
Stara leśniczówka była małą "rozklejającą się" chatką na skraju lasu. Cały domek był porośnięty mchem i innymi pnączami.
Dzisiejszy dzień był cieplejszy. Śnieg zelżał, ale było strasznie mgliście. Z około dwudziestu metrów nie było kompletnie nic widać.
Pierwszy na miejscu był oczywiście Moses. Jego koń stał spokojnie i skubał resztki trawy. Wyróżniał się spośród pleneru, a raczej z nim kontrastował. Moses miał to do siebie, że ubierał się zawsze elegancko. Jego dziadek, w porównaniu do dziadków Marii i Agustina, był człowiekiem ustawionym w życiu - mówiąc dzisiejszym językiem. Mówiąc po staremu - był człowiekiem interesu. Przed śmiercią kupił swojemu wnukowi konia. Moses był przy swoim dziadku, kiedy umierał.
Dokładnie powiedział: "Po mojej śmierci nie siedź przy mnie bez sensu. I tak mnie już tu nie będzie. Będzie tylko moje ciało. Jedź do mojego domu. Będzie tam czekał prezent ode mnie na twoje siedemnaste urodziny. Będzie twoim przewodnikiem, kiedy mnie zabraknie".
Pomimo, że Moses miał dość specyficzny charakter, był człowiekiem smutnym. Nienawidził samotności, która mu doskwierała. Udawał silnego, ale rozpadłby się na kawałki, gdyby ktoś go lekko dotknął.
Stał patrząc w mgłę. Czekał aż w końcu ktoś się pojawi. W prawej ręce nerwowo bawił się zawieszką amuletu w kształcie półksiężyca.
Jazda na Harveyu była dla Mosesa rodzajem azylu. Wtedy niczym się nie przejmował. Był wolny. Człowiek wolny, to człowiek szczęśliwy.
 

 
Oboje przez dłuższą chwilę szli w milczeniu, ale jedno pytanie nie dawało spokoju Marii.
- Jak ja mam cokolwiek przewidzieć? Nigdy nie miałam czegoś takiego... .
- Nie wszyscy od razu mają te "nasze zdolności" - zarysował palcami w powietrzu dwa ostatnie słowa. - Jeśli masz naszyjnik, a masz, to ci na pewno pomoże.
- A ty masz?
- Moje przeczucia były słabe, dopóki nie dostałem amuletu. Teraz moje przeczucia są silniejsze.
Marii przytaknęła ze zrozumieniem.
- Co jeśli nie mam mocy?
Agustin zaśmiał się i powiedział z rozbawieniem:
- To nie możliwe - pokręcił głową. - Ty dziedziczysz moc po swoim dziadku - spoważniał. - Tak jest co drugie pokolenie. No chyba, że masz starsze rodzeństwo.
- Jestem jedynaczką.
- Nie martw się.
Marii na chwilę przystanęła. Najpierw spojrzała na ziemię i ściągnęła brwi, a potem rzuciła spojrzenie na Agustina.
- Miałam nie dawno taki sen, w którym spotkałam dziadka, nad tym samym stawem, przy którym... - przerwała. - On odchodził, żegnał się ze mną i niedługo później zmarł.
- Czyli... twój dziadek przekazał ci całą moc na krótko przed odejściem. Ciekawe, dlaczego tak późno się na to zdecydował.
- Chwila, mówiłeś, że to przechodzi z pokolenia na pokolenie! Jak to przekazać moc?!
- Muszę już iść - oświadczył nagle.
- Co?! - wrzasnęła piskliwym tonem.
- Do... kiedyś tam - rzucił i szybkim krokiem odszedł w przeciwnym kierunku.
- Agustin! - krzyknęła Marii, ale on ani razu się nie odwrócił.



 

 
Oboje szli wzdłuż lasu już kilka minut w milczeniu.
-Masz może naszyjnik i księgę? - spytał Agustin.
- Tak, mam.
- Może ona ci pomoże rozwinąć talent? To troche dziwne, że nie miałaś snów.
- A Moses od jak dawna przewiduje?
- Odkąd miał pięć lat.
- Wasi dziadkowie powiedzieli wam o waszych talentach?
- Nie - było to 50% prawdy, ponieważ dziadek Mosesa powiedział mu, że jest wyjątkowy od innych i jest skaebem całego świata, bo ma magiczną moc. Kiedy miał 12 lat, bardziej szczegółowo mu wytłumaczył na czym polega jego talent.Agustin miał przeczucia od najmłodszych lat, ale uznawał wtedy to jako nic niesamowitego. W wieku 14 lat dowiedział się prawdy.

(Przepraszam, że krótko i pewnie z błędami, ale nie ma mnie w domu i piszę z telefonu)
 

 
Kiedy Moses odjechał gdzieś w głąb lasu, Agustin nie miał pojęcia jak ma rozmawiać z Marii i co jej w ogóle powiedzieć.
- Tak ogólnie, to nazywam się Agustin Hunter - podał jej rękę.
- A ja chyba już nie muszę się przedstawiać - odpowiedziała chłodno. - Powiesz mi, co jest grane?
- Mimo, że Moses jest stuknięty, to powinniśmy poczekać do jutra.
Marii uścisnęła w końcu dłoń Agustina. Miała jednak śmiertelnie poważny wyraz twarzy.
- Kim ja jestem Agustin? - zapytała ostrożnie jakby miał załamać się pod nią lód.
- Jesteśmy jasnowidzami - odrzekł szybko i zwięźle. - Nigdy nie miałaś wizji, snów proroczych albo przeczucia, że coś się stanie?
Marii pokręciła głową. Musiała nieźle zadrzeć głowę żeby spojrzeć na twarz Agustina.
- Dziwne... - rzekł przygryzają dolną wargę. - Ja miałem od najmłodszych lat. Znaczy mam przeczucia - dodał szybko. - Moses ma wizje.
- Dużo miałeś takich przeczuć?
- Ze trzysta przez dziesięć lat - odparł po dokładnym namyśle.
- Wszystkie się spełniły? - pytała już bardziej z luzem.
- Tak - przytaknął. - Debilne jest tylko to, że ja tylko mam przeczucia. Nie wiem, co dokładnie się wydarzy jak wy. Wy to widzicie, a ja czuję.
Marii słuchała z zainteresowaniem chłopaka.
- Ile masz lat? Jeśli mogę wiedzieć?
- W grudniu będę miał osiemnaście.
- Pewnie wiesz...
- Akurat tego nie - wtrącił. - Ale chłopakom nie wypada pytać.
Marii po raz pierwszy się uśmiechnęła.
- Mam szesnaście lat. A ile lat ma Moses?
- Siedemnaście. Wiem, dziwny typek, ale co zrobić.
Ni stąd ni zowąd z nieba zaczął prószyć gęsty śnieg.

 

 
Brunet pokręcił głową i otarł dłonią twarz.
- Wiesz, gdzie jest stara leśniczówka prawda? - spytał Moses.
- Tak, wiem - odpowiedziała z nieufnością.
- Spotkamy się tam i wszystko ci objaśnię.
- Moses? - odezwał się brunet. - Ja chyba też istnieję, nie?
- Nie masz podejścia Agustin - skarcił go.
- A ty za to masz? Daj sobie spokój... .
Obaj obrzucili się złowrogimi spojrzeniami. Agustin bezgłośnie powiedział "Nienawidzę cię" do Mosesa, który tylko wzruszył ramionami i się uśmiechnął.
- Może cię odprowadzić do domu? - zaproponował szybko Agustin.
- No nie wiem - odrzekła niepewnie Marii.
- Na prawdę nie chcemy ci zrobić krzywdy. Twój dziadek znał naszych dziadków. Stanley Hayberg.
- Dlacz... .
- Dość gadania - przerwał Moses. - Nie tu i nie teraz. Jutro się widzimy o 9 rano w leśniczówce.
- Ale jutro jest wtorek - odezwała się już bardziej pewnie Marii. - Mam szkołę...
- Jutro nie jest wtorek i nie ma szkoły - rzekł stanowczo Moses i wsiadł na konia. - To nie ma znaczenia. Nic go nie ma.

 

 
Oboje stali jak słupy soli. On najwyraźniej nie miał zamiaru niczego wyjaśniać. Marii prawie dostała zawału. Jej serce miło już chyba z maksymalną prędkością. Myślała, że za chwilę serce wyskoczy jej z piersi.
- Odejdź... - ledwo z siebie wydusiła.
- Marii - rzekł on.
- ZOSTAW MNIE! - wydarła się na cały głos. Dziewczyna zaczęła się powoli cofać do tyłu. Obcy zaczął iść w jej kierunku.
- ZOSTAW MNIE! NIE ROZUMIESZ?!
- Chcę tylko ci coś wyjaśnić - odrzekł ze spokojem.
- Nie... - pokręciła głową. - Ja nie chcę tego słuchać... .
Marii rzuciła się w ucieczkę.
Zza drzew wyłonił się biały koń, a na nim Moses. Moses stanął jej na drodze ucieczki. Przerażona Marii aż się przewróciła. Kopyta konia wylądowały przed jej twarzą. Dziewczyna była już bliska płaczu.
Dookoła nie było budynków. Była to zwykła polna droga przy lesie. Jej wieś była za lasem. Zwykle nie chodziła przez las, bo jej mama jej zabraniała.
- Zostawcie mnie! Proszę! - powiedziała drącym głosem.
- Nie zrobimy ci krzywdy - Moses zsiadł z konia i podał jej rękę. - Nie musisz się nas bać.
- To było chamskie Mo - odezwał się wysoki brunet.
Moses obrzucił go wkurzonym spojrzeniem.
- Może i tak, ale w pewnych sprawach trzeba być radykalnym, a nie mięczakiem.
Brunet już się nie odezwał. Pokręcił tylko głową.
- No już. Wstawaj.
Marii nieufnie złapała za rękę Mosesa. On również był wysoki. Na pewno był wyższy o głowę od Marii.
- Chciałem jej to powiedzieć na spokojnie! - wybuchnął brunet.
- Coś ci nie wyszło - poprawił Moses.

 

 
Około trzeciej nad ranem Marii miała sen, że szła jak zwykle do szkoły i nagle ktoś ją chwycił od tyłu za ramię i szarpnął do tyłu. Dziewczyna przebudziła się ze stłumionym krzykiem. Sen był aż zbyt realny. Dosłownie czuła, że coś ją chwyciło gwałtownie za ramię. Rozmasowała ręką ramie i faktycznie ją bolało.

***

Ten dzień był chłodny i ponury. Każdy tydzień przed Halloween był zwykle bardzo ponury. Sama Marii nie obchodziła tego święta. Po prostu nie lubiła go. Wolała, zamiast krążyć po domach obcych ludzi i marznąć, siedzieć sobie wygodnie w fotelu przed kominkiem, czytać książkę i delektować się czekoladowym cappuccino.

W poniedziałki nie miała dużo lekcji. Miała tylko pięć godzin. Zwykle po piątej godzinie chodziła na pieszo do domu. W resztę dni szkolnych miała po 7 lekcji.

W sobotę i niedzielę nie tknęła księgi pozostawionej po dziadku. Bała się jej i nie chciała nawet wiedzieć o czym jest, choć to było jasno napisane. Nie chciała w to wnikać.

***

Idąc do domu miała dziwne przeczucie, że ktoś za nią idzie. Co się odwracała, to nikogo nie było. Czuła jakby na jej ramiona spadł jakiś niewidzialny ciężar. Starała się patrzeć przed siebie i nie zawracać sobie głowy głupim przeczuciem, które częściej bywało mylne.
Nagle coś ją gwałtownie chwyciło za ramię. Ręka drugiego człowieka (jeśli jej posiadaczem był człowiek) była lodowata.
Marii w szoku odskoczyła i odwróciła się. Około dwudziestu metrów od niej stał wysoki brunet. Miał na sobie podobny płaszcz do tego, którego widziała w lesie (Mosesa). Prawą rękę trzymał w powietrzu. na wysokości ramienia Marii. Wkrótce ją opuścił i schował do kieszeni.

 

 
Po powrocie do domu Marii od razu poszła do swojego pokoju. Marii ponownie otworzyła kufer i zaczęła ostrożnie wyciągać z niego rzeczy. Najpierw zdjęła czerwoną chusteczkę i odłożyła ją na podłogę. Później wyciągnęła książkę, a potem szkatułkę. Na książce widniał pozłacany napis "Clairvoyance, czyli Jasnowidzenie" i pod spodem było wybite w skórze słońce - napis również był pozłacany. Marii przeniosła wzrok z książki na szkatułkę. Dziewczyna wzięła ją w ręce. Wahała się, czy aby na pewno ją otworzyć.
- Teraz albo nigdy - powiedziała sobie w głębi duszy.
Zatrzask szkatułki z trudem się otworzył. W pudełku był srebrny naszyjnik. Zawieszka miała kształt słońca. Słońce miało oczy wykonane z niebieskiego szafiru.
Na górnym wieku szkatułki była przyklejona - już pożółkła - karteczka.
"Wiem, że przeczytasz ten list moja jedyna wnuczko. W spodku zostawiam ci moje dwa najcenniejsze skarby. Księgę jasnowidzenia i amulet "Præ fulgore". Było nas tylko trojga. Wy jesteście naszymi następcami. Skoro czytasz ten list, to poznałaś jednego z was, naszej nowej nadziei. Moses - tak ma na imię. Niebawem pewnie poznasz Colina. Więcej nie mogę ci już przekazać.
Wykorzystaj dobrze swoją moc. Nie pozwól żeby ktoś niepowołany dowiedział się o twojej i waszych mocach. Więcej powie ci, teraz już twoja, księga"

Z oczu Marii popłynęły łzy. Pokój wydawał jej się teraz jeszcze bardziej pusty i chłodny. Marii siedziała po turecku na podłodze z listem w ręku i czytała go w kółko. Teraz sama nie wiedziała kim jest tak na prawdę.
Księga jasnowidzenia?



~ Nataniel
 

 
Marii po powrocie do domu napaliła w kominku i zaparzyła sobie herbatę. Później włączyła telewizor i rozkoszowała się ciepłem z kominka. Myśl o tym, co powiedział jej nieznajomy prześladowała ją. Nie miała o niczym pojęcia. W dzieciństwie dziadek uczył ją medytować dla spokoju ducha. Mawiał, że człowiek spokojny to człowiek wielki. Bardzo ją ciekawił fakt, co dziadek po sobie zostawił.
Około siedemnastej Marii pojechała z mamą do domu dziadka.
Dom był ponury odkąd Stanley Hayberg odszedł. Było pusto i zimno. Mama, Trish plątała się po parterze, czyli obszernym salonie, kuchni, nie dużej jadalni i czasem wchodziła do łazienki. Ogólnie pakowała w kartony najpierw mniejsze rzeczy, te, które pójdą do wyrzucenia i te, które zatrzymają na pamiątkę. Marii poszła na strych. Drewniane schody skrzypiały pod nią. Cały strych był pokryty przynajmniej calową warstwą kurzu. Maleńkiej ego drobinki wirowały i tańczyły w powietrzu. Były tam całe stosy książek. Było też kilka kartonowych pudeł. Na końcu strychu pod okrągłym oknem z witrażem stał starodawny mahoniowy stolik na eleganckich rzeźbionych nóżkach. Na blacie stał całkiem spory kufer na zatrzaski. Marii ostrożnie podeszła do przedmiotu. Na zakurzonym drewnianym kufrze widniał wypalony liść paproci. Marii spróbowała otworzyć kufer. Zatrzaski puściły.
Na wierzchu była czerwona aksamitna chusteczka. Dziewczyna zdjęła ją. Pod nią ukazała się dość gruba książka oprawiona w skórę. Obok niej spoczywała drewniana szkatułka. Na pudełeczku był wizerunek tego samego jelenia, co na kluczu. Była na klucz. Marii na szczęście miała na sobie tę samą kurtkę. Nie zdążyła jednak jej otworzyć, bo Trisha zaczęła ją wołać. Nastolatka wzięła ze sobą cały kufer. Nie był wcale taki lekki.
- Zanieś to do samochodu - matka wskazała wzrokiem kufer, który trzymała Marii.





~ Nataniel
 

 
Rozmyślenia Marii przerwał szelest liści dobiegający z zachodu. Dziewczyna stała nieruchomo. Szybko schowała klucz do kieszeni i schowała się za drzewo. Z oddali słychać było donośne, ciężkie tupanie końskich kopyt. Serce Marii zaczęło bić szybciej ze strachu. Momentalnie zalała ją wewnętrzna fala zimna. Lekko wychyliła się żeby zobaczyć, kto to. Miała nadzieję, że to tylko jakiś jeleń lub może łoś.
Między krzewami pokrytymi ostatnimi liśćmi zauważyła potężnego białego konia. Zwierzę zwolniło tępa i zakręciło się w kółko jakby jego jeździec chciał się rozejrzeć. Marii było trudno rozszyfrować tajemniczego jeźdźca. Był on ubrany w czarny, długi płaszcz, który pokrywał część końskiego zadu. Postać miała na głowie dość obszerny trójkątny kaptur. Koń natomiast miał na łbie czarną elegancką uzdę, a na grzbiecie również czarne, masywne kowbojskie siodło.
- Wiem, że tu jesteś! - krzyknął nagle męski głos. - Nie bój się! - zapewnił przyjaznym tonem. - Wyjdź.
Marii zaczęła jeszcze szybciej oddychać ze strachu. Miała chęć uciec, ale strach kompletnie ją sparaliżował. Nogi miała jak z waty, a w gardle miała Saharę. Rękoma trzymała się kurczowo kory drzewa.
- Pokaż się! Mistrz Stanley zapewniał, że tu przyjdziesz.
- Dziadek... - wydyszała cicho.
- Tak, twój dziadek. O niczym nie wiesz, prawda?
Marii już nie wytrzymała i odkrzyknęła:
- Skąd znasz mojego dziadka?!
- Dowiesz się w swoim czasie. On zostawił ten klucz dla ciebie!
Chłopak podjechał bliżej jeziorka. Z nozdrzy konia wydobywała się gęsta para.
- No wyjdź.
Marii po chwili odważyła się wyjść zza drzewa. Kiedy po raz pierwszy zobaczyła chłopaka, oniemiała. Tajemniczy miał niemal białą jak ściana karnację i równie śnieżnobiałe włosy. Z oddali nie mogła tylko zauważyć koloru jego oczu.
- Poznamy się następnym razem - rzekł.
Chłopak ściągnął lejce nakazując koniowi żeby się odwrócił.
- Zaczekaj! - krzyknęła Marii.
Tajemniczy zignorował jej wołanie i odjechał galopem.
Marii ogarnęły mieszane uczucia.



~ Nataniel
 

 
Marii spacerowała dwie pełne godziny po lesie. Słońce leniwie wędrowało po niebie. Była dziewiąta rano.
Mróz szczypał ją w jej delikatną cerę. Na jej blond włosy sięgające do pasa i spływające po jej drobnej posturze, spadały drobne płatki śniegu. Była to pierwsza oznaka nadchodzącej zimy.
Delikatne promienie promienie słońca przecierały się przez gałęzie świerków. Marii nawet nie wiedziała, kiedy znalazła się nad jeziorkiem. Za nim rósł dąb - już pozbawiony liści. Na jego korze zauważyła wbity gwóźdź i coś srebrnego powieszonego na nim. Marii obeszła oczko wodne i stanęła przed potężnym drzewem. Był to srebrny klucz. Jego górną część stanowił łeb jelenia. Nad jego rogami była część słońca. Górna część była tak zrobiona żeby klucz dało się zawiesić. Marii ściągnęła klucz i przyjrzała mu się bliżej. Na części, którą się odklucza drzwi widniał napis "Klucz do sekretu".

~ Nataniel
 

 
Powiem szczerze, że to ani dobra, zła sprawa. Ludzie są różni. Raz się trafi dobrze, a raz można się nieźle przejechać. Nie należy nikomu ufać.
Ja się spotkałem z różnymi ludźmi, ale nie miałem jakichś ekstremalnych sytuacji z takimi znajomościami. Akurat zwykle poznaję ludzi dość fajnych i niektóre znajomości utrzymuję już dość długo. Niektórzy mówią, że takie znajomości się szybko wypalają, ale to zależy od obojga ludzi. Najlepiej jest dobrze sprawdzić drugą osobę, czy nie robi nas w konia.
  • awatar Umieram-w-ciszy: na każdym kroku spotykamy się z kłamstwem...nie jesteśmy w stanie pokonać oszustwa...nie ufaj nikomu.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Marii tego dnia nie poszła do szkoły. Postanowiła zostać w domu. Chociaż nie całkiem "w domu". Zamierzała pospacerować po lesie. Robiła to, choć sama nie wiedziała czemu. Jakaś tajemna moc przyciągała ją do tego lasu. Czuła, że jest z nim silnie związana wewnętrznie. Tego samego dnia miała jechać ze swoją mamą do domu jej zmarłego dziadka żeby go posprzątać i wystawić na sprzedaż. Było jej ciężko się pogodzić z tym, że jej ukochany dziadek nagle zmarł. Dzień przed jego odejściem Marii miała dziwny sen, w którym Stanley stał na brzegu jeziora. Machał do niej ręką i po chwili odszedł. Szedł po tafli jeziora jak Jezus (o dziwo jezioro nie było zamarznięte. Może to kwestia wyobraźni) i zniknął w mroku zimowej nocy. zapamiętała, że księżyc świecił niesamowicie jasno, ale blask był chłodny jak tamta noc. Wraz z odejściem dziadka sen się skończył. To był tak zwany sen proroczy. Wtedy jeszcze o tym nie miała pojęcia.



~ Nataniel
 

 




~ Nataniel
 

 
Chujowe uczucie, prawda?



~ Nataniel
  • awatar same old love.: Bardziej chujowe jest takie, gdy widzisz w kimś swój ideał, a on obdarza Cię wielce swoją ignorancją...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
  • awatar same old love.: I szukamy najlepszych argumentów, które nam rzekomo pozwolą, ale i tak je zaraz obalamy i nadal żyjemy w przekonaniu, że są do dupy i jesteśmy w punkcie wyjścia...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›